Szpiony i ubijcy, czyli spisek lekarzy kremlowskich

Andrzej Korman dla „Nie z tej Ziemi”

Medycy zawsze mieli niemały, choć pośredni wpływ na przebieg rozmaitych procesów i wydarzeń dziejowych. W ich ręku bowiem spoczywał najwyższy atut – zdrowie i życie władców, o które mieli jak najstaranniej dbać Z drugiej strony… Jak łatwo ulec pokusie wykorzystania okazji do jakichś niecnych celów.

Takie szalone podejrzenia roiły się nie raz w głowach satrapów tego świata. I to jeszcze całkiem niedawno. Dramatyczną ilustracją niech będzie tu tzw. sprawa lekarzy kremlowskich, której apogeum przypadło na przełom roku 1952 i 1953. Były to już ostatnie miesiące życia „Wielkiego Stalina”.

Jednak, jak w klasycznym horrorze, groza narastała stopniowo. Po krótkiej, powojennej liberalizacji, kiedy duma ze zwycięstwa zaczęła już powszednieć, ze zdwojoną siłą odezwały się stare demony. W 1946 roku rozpoczęła się „zimna wojna”, Ameryka wydawała się wygrywać wyścig o bombę wodorową, a „siły postępu”, czyli sympatyzujące z Sowietami lewicowe ruchy społeczne na zachodzie Europy, nie były w stanie doprowadzić w swoich krajach do zwycięstwa prosowieckiej orientacji (udało się to tylko w r. 1948 w Czechosłowacji). Paranoiczny umysł „wielkiego Stalina” zaczyna więc znów wysyłać sygnały o „oblężeniu twierdzy” i kolejnym spisku wśród „poddanych”. Prawo stalinowskiej dialektyki mówi przecież, że wraz z kolejnymi sukcesami budownictwa socjalistycznego w ZSRR będzie zaostrzać się opór wrogów. Teraz już tylko należało tych wrogów wskazać i nazwać. Po wprawnie przeprowadzonych czystkach lat 20. i 30. nie było to trudne. Tym razem „Koba” skierował swój surowy wzrok na grupę wybitnych lekarzy-specjalistów pracujących w tzw. klinice kremlowskiej – czołowej placówce leczącej funkcjonariuszy najwyższych organów partii i rządu, w tym także samego Stalina.


* * *

Ale impuls tych dramatycznych wydarzeń miał miejsce już wcześniej, a był nim skierowany do rąk własnych Stalina list-donos Lidii Timaszuk, młodej lekarki-radiologa pracującej w klinice kremlowskiej. Dzieliła się w nim ona podejrzeniem, że dostojnicy radzieccy w klinice rządowej leczeni są źle i że jest to działalność całkowicie świadoma. W tamtych czasach, w tamtym chorym systemie, w którym sprawy osobiste elity (w tym stan zdrowia) miały rangę najściślejszej tajemnicy państwowej zarzuty takie kwalifikowały wyłącznie do kary śmierci. Jednak początkowo (nigdy nie wyjaśniono dlaczego) Stalin nie nadał sprawie oficjalnego biegu, choć bynajmniej jej nie zlekceważył. Dopiero w miarę upływu czasu ukryty w zakamarkach pamiętliwego i podejrzliwego umysłu list zaczął działać jak bomba z opóźnionym zapłonem. Pewne obserwacje zaczęły się uzupełniać.

Do tego stan zdrowia 72 letniego generalissimusa był coraz gorszy. Dziś wiemy, że wydatnie przyczyniło się do tego chroniczne nadciśnienie (które ostatecznie doprowadziło do śmiertelnego udaru mózgowego), nawracające anginy, wieloletni siedzący, a do tego nocny tryb życia (zgodnie z którym duża część olbrzymiego aparatu partyjno-państwowego musiała przestawić się na nocne czuwanie na wypadek, gdyby odezwał się telefon z Kremla). No i jeszcze nikotyna (słynna fajeczka, z którą się nie rozstawał), alkohol, bezustanny strach przed spiskami…

Spadek kondycji psychofizycznej Stalina był szczególnie widoczny podczas ostatniego (za życia) XIX Zjazdu KPZR na początku października 1952 r., kiedy to nie tylko nie był już w stanie sam wygłosić rytualnego referatu sprawozdawczego, ale wręcz rzadko brał osobisty udział w obradach. Ku zaskoczeniu uczestników pierwszego pozjazdowego plenum poprosił też, aby zwolniono go ze stanowiska sekretarza generalnego. Trudno ocenić, jakie były prawdziwe przyczyny tego dziwnego posunięcia człowieka, który przez całe życie zażarcie i krwawo walczył o zdobycie, a później utrzymanie dyktatorskiej władzy. Zapewne była to jedynie taktyka, którą z powodzeniem stosował przed laty; przekonać się, jaka będzie reakcja najbliższego otoczenia. I mścić się z całą bezwzględnością.

W rezultacie powszechnych błagań – wycofał się jednak z tego nieoczekiwanego kaprysu, ale postawił pewne warunki: podwojenie liczby członków KC, potrojenie obsady nowego prezydium KC (dawne Biuro Polityczne). Starzy partyjni wyjadacze szybko domyślili się, co się święci. Była to bowiem wypraktykowana stalinowska technika wymiany ludzi; pomiędzy starych współpracowników powtykać działaczy mniej znanych (i wdzięcznych za awans), a następnie bez skrupułów pozbyć się „starej gwardii”. A gra nie szła wcale o posady i przywileje. Stawką były głowy!

Karuzela zaczyna kręcić się coraz szybciej: Mołotow i Mikojan popadają w ostentacyjną niełaskę. Nie tylko przestali już bywać na nocnych libacjach na daczy Stalina w Kuncewie, ale też spotkała ich z ust dyktatora bezpośrednia krytyka: działają tchórzliwie i bez przekonania, tak „jakby byli agentami obcych rządów”.

Paranoiczne ruchy dosięgają nawet najwierniejszych z wiernych: osobisty sekretarz Stalina Aleksandr Poskriebyszew, wszechmogąca szara eminencja na kremlowskim dworze, bezwzględny i ślepo oddany swemu panu, który (podobnie jak Mołotow) musiał być świadkiem aresztowania własnej żony – został bez słowa zwolniony ze wszystkich funkcji i w trwodze oczekiwał na uwięzienie. Z opresji wybawiła go dopiero śmierć satrapy kilka miesięcy później. Mniej szczęścia miał inny oddany sługa – generał Nikołaj Własik, który do obstawy Stalina należał od roku 1919. Był on odpowiedzialny nie tylko za cielesną ochronę generalissimusa, ale też nadzorował jego służbę domową, bezpieczeństwo rezydencji, zaopatrzenia itp. Bez jakiegokolwiek wyjaśnienia został wyrzucony ze swojego stanowiska i aresztowany, po czym słuch o nim zaginął.

W tym właśnie momencie Stalin detonuje bombę, jaka kryła się w demaskatorskim liście dr Lidii Timaszuk. Bo popatrzcie tylko towarzysze – wrogowie opanowali nie tylko ważne stanowiska państwowe i partyjne, ale też pod pozorem leczenia dybią na wasze i moje zdrowie i życie. Tego jeszcze nie było!

I tak w listopadzie 1952 roku idea spisku lekarzy kremlowskich przekuta została w czyn. Wraz z kilkunastoma lekarzami wyprowadzony został w kajdankach i uwięziony m. inn. akademik Władimir Winogradow, osobisty lekarz dyktatora i, jak pisze jego córka Swietłana Allilujewa, ”jedyny, któremu w pełni wierzył”. Ale teraz Stalin nie ufa już nikomu. Osobiście nadzoruje śledztwo. Grozi i naciska na przesłuchujących, aby szybko uzyskali „królewski dowód” czasów sowieckich – przyznanie się oskarżonych do winy. Pokazując je z satysfakcją członkom prezydium KC mówi złowrogo: „Jesteście ślepi jak kocięta. Po mnie kraj zginie, bo nie umiecie demaskować wrogów”. Nie ulega wątpliwości: za parawanem „spisku lekarzy kremlowskich” rozpoczyna się kolejna krwawa czystka.

W styczniu 1953 roku, kiedy są już „ostateczne rezultaty śledztwa”, „spisek” zaczyna szeroko omawiać sowiecka prasa. Wspomina się „mimochodem”, że większość aresz- towanych lekarzy jest pochodzenia żydowskiego. Ważny ówczesny działacz partyjny Szepiłow na łamach „Prawdy” pisze artykuł, w którym tytuł „Podłyje szpiony i ubijcy” w porównaniu z treścią reszty wydaje się być łagodny. Rozlewa się nowa fala powszechnego demaskowania. Ludzie zaczynają bać się lekarzy, a już lekarzy-Żydów w szczególności, bo kremlowska afera wyzwoliła trady- cyjny, zwłaszcza wśród ludności na prowincji, antysemityzm. 31 stycznia „Prawda” donosi, że istniały powiązania między oskarżonymi lekarzami, a spiskowcami zdemaskowanymi w Polsce i Czechosłowacji (proces kilku komunistów pochodzenia żydowskiego m. inn. Slansky’ego). „Prawda” donosi też, że w uznaniu zasług dr Lidia Timaszuk otrzymała Order Lenina.


* * *

Ale największe powody do strachu ma kilkuosobowa grupa najbliższych współpracowników Stalina, którzy jeszcze utrzymali swoje funkcje i urzędy: wszechwładny dotychczas Beria (patrzcie tylko towarzysze, co za brak czujności; oto pod samym jego nosem zawiązał się i rozwinął lekarski spisek!), Malenkow, Chruszczow, Bułganin. Zapewne niebawem nie byłoby ich już wśród żywych, gdyby los im nie sprzyjał; oto bowiem 2 marca 1953 r. Stalin doznał udaru mózgu, który pozbawił go mowy i sparaliżował dolną część ciała. Kilku lękających się o rozwój sytuacji towarzyszy z tzw. wewnętrznego kręgu dyżuruje przez trzy doby przy konającym. Córka Swietłana opisuje, że „ojciec miał śmierć straszną i trudną. Agonia była straszna. W pewnej chwili, wydawało mi się, że otworzył oczy i powiódł nimi gniewnie po zebranych. Było to okropne spojrzenie… I nagle uniósł lewą rękę, jakby wskazał coś w górze, albo może raczej nam pogroził. Gest był niepojęty, groźny. W następnej chwili dusza wyrwała się z ciała”. Chruszczow w swoich pamiętnikach sugestywnie oddaje uczucia, jakie miotały grupką byłych najbliższych współpracowników i prawdopodobnych (bo nikt nie wiedział jaki sprawy przyjmą obrót) skazańców: „Gdy Stalin zdawał się odzyskiwać przytomność Beria rzucał się przed nim na kolana i obcałowywał jego rękę, ale kiedy znów zamknął oczy – wstał i splunął z wyrazem nieopisanej nienawiści”.

Po śmierci dyktatora Ławrentij Beria, mający w swej dyspozycji rozbudowany aparat bezpieczeństwa i liczne wojska wewnętrzne, był pewien przejęcia stalinowskiej schedy. Dziś wiadomo, że było to mało realne. Drugi po kolei Gruzin na Kremlu nie byłby do przyjęcia ani dla sowieckiej Partii ani dla społeczeństwa. Nie mówiąc już o zbrodniach, jakie miał na swoim koncie. Spisek przeciwko Berii (tym razem prawdziwy) zawiązali szybko „koledzy” z „wewnętrznego kręgu” z Chruszczowem na czele. W czerwcu 1953 r. Beria został aresztowany i po pokątnym procesie natychmiast rozstrzelany na dziedzińcu jednego z moskiewskich więzień.


* * *

Lekarze kremlowscy tuż po śmierci Stalina zostali wypuszczeni na wolność i w pełni zrehabilitowani.

Andrzej Korman

Napisane przez

Nieztejziemi.org to miejsce dla wszystkich entuzjastów alternatywnego myślenia, miłośników spraw niewyjaśnionych oraz parana ukowców. To portal dla fanów wszystkiego co nieziemskie na Ziemi i poza nią. Zainteresowanych współpracą z naszym portalem serdecznie zapraszam do działania. Przysyłajcie teksty, zdjęcia, klipy wideo – obiecuję, że na wszystkie, nawet najdziwniejsze tematy znajdziemy miejsce.