Synaj. Góra Mojżesza.


Dla Nie z tej Ziemi: Ewa Monte-Niewiadowska, Andrzej Niewiadowski

„Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”
(z Księgi Wyjścia podyktowanej Mojżeszowi przez Boga Jahwe na górze Synaj w trakcie wędrówki Izraelitów z Egiptu do Kaananu).

Nie mieliśmy tam iść. W nocy, po 700 stopniach wykutych w skale, w huraganowym wietrze, który dławi ziarnami pustynnego piasku. Ale Góra Mojżesza była na wyciągnięcie ręki. Jak cień koptyjskiego mnicha na murze klasztoru Świętej Katarzyny.

Burza piaskowa dopadła nas na przejściu granicznym w Tabie. Ta wyprawa była wpisana w naszą izraelską pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Góra Mojżesza (2282) kusiła swoją tajemniczością. To właśnie tu, według starotestamentowej Księgi Wyjścia, po ucieczce Izraelitów z Egiptu, Mojżesz otrzymał od Boga Dziesięć Przykazań.

Silnik starego, egipskiego „Forda” krztusił się i charczał. Za miejscowością Nuwajba skręciliśmy na zachód. Kilka razy zatrzymywały nas patrole wojskowe. Uciec i tak nie mogliśmy. Nie było dokąd. Odgałęzienia, boczne odnogi drogi ginącej w piasku pustyni, przegradzały beczki i karnistry z benzyną. Po każdej z kontrol znudzony strażnik zwalniał sznurek i drewniany szlaban unosił się w górę.

Droga wiła się zakrętami w oszałamiającej scenerii, która zapierała dech w piersiach. Z wapiennego płaskowyżu Badiyat at-Tih do imponujących urwisk południowego Synaju. Dziwaczne, poskręcane, gigantyczne twory z granitu, gnejsu, skał magmowych o zdumiewiających barwach i kształtach. Za każdym zakrętem odwierał się nowy, fascynujący widok. Przed dwudziestoma tysiącami lat poszukiwano tu krzemienia. Potem Egipcjanie posyłali niewolników do kopalń turkusów i rud miedzi. Czas zatarł ślady dawnych kopalń ale ocalił jeszcze głębsze meandry przeszłości: czarne, poskręcane strumienie lawy, które przed milionami lat wydostały się na powierzchnię ziemi.

W narastającym, przenikliwym wyciu wiatru dotarliśmy do klasztoru Świętej Katarzyny.

Pierwsi pustelnicy osiedlili się w miejscu gdzie Mojżesz ujrzał krzak gorejący, w kamienistej dolinie oddzielającej Gorę Mojżesza od Góry Świętej Katarzyny. 300 lat po narodzinach Chrystusa cesarzowa Helena kazała zbudować tu klasztor a cesarz Justynian przebudował go na warownię otoczoną 15-metrowym murem. Do dziś za klasztornym ołtarzem można zobaczyć korzenie gorejącego krzewu. Grube, surowe mury użyczają nadal schronienia pielgrzymom. Siedmioosobowe cele mają kamienną podłogę.

Chamsin to gorący, suchy wiatr pędzący wiosną z pustyń Arabii Saudyjskiej. Nie ma przed nim schronienia. Podnosi temperaturę do 40 stopni, przynosi chmury piaskowego pyłu, przewraca podróżnych i wielbłądy. Dla nas chamsin jest nocnym łopotem okiennic w klasztornej izbie. I lękiem przez nieznanym jutrem.

O 2.30 rano wychodzimy w wyjącą ciemność. W świetle latarek nasze twarze wyglądają upiornie. Musimy wyjść rano. Droga trwa kilka godzin i nikt nie wytrzymał by wspinaczki w piekielnym, narastającym upale. Góra Mojżesza piętrzy się nad nami, gdzieś w wirującej mgle piasku, jak zwalisty gmach bez jednego drzewa, bez wiechcia trawy. Może naprawdę lepiej iść nocą – nie widzieć dokąd, jak i którędy ?

Tu nie ma żadnych drogowskazów, nic, tylko morze spiętrzonych kamieni. Kaszlemy, wykasłujemy ten pył, plujemy piachem ale na darmo. Tu żadna mapa nic nie da. Bo i po co. Ścieżka jest tylko jedna : w górę, a odwrót niemożliwy.

Kiedy łapiemy rytm, moja latarka odlatuje wraz z wiatrem w wyjącą przestrzeń. Zostaje nam jedna. Chwila nieuwagi. Tracimy i tę. Kamienie usuwają się spod nóg. Gdzie przepaść a gdzie ścieżka ? Nic tylko huczący wiatr i ciemność.

Do dziś nie wiem jak wróciliśmy na szlak. Wchodzimy w ścianę. 700 stopni wykutych w skale. Im wyżej, tym mniej kurzu i piasku. Słabnie przerażający oddech wiatru. Przeciskamy się skalnym kominem, nad głowami pojawia się zarys grani.

Brzask. Na szczycie wiatr uderza znów z całą siłą. Ale z każdą chwilą robi się coraz widniej. Wschodzi słońce, oświetla Ziemię rudoczerwonym ogniem, mimo iż w dole, cały świat aż po Czerwone Morze spowija gęsta, piaszczysta mgła.

Schodzimy w ten świat, zamglony, zasypany piachem ale coraz bardziej znany. I mimo nadludzkiego zmęczenia czujemy coś niewyobrażalnego silnego. Wolę przetrwania, wiarę, że tak być musi, że nie jesteśmy sami. Trzymając się za ręce jesteśmy naprawdę szczęśliwi , choć potykamy się krok za krokiem. Tak jakby Ktoś nam towarzyszył, czuwał, jakbyśmy nie byli już sami.

Idąc na Górę Mojżesza nie wiedzieliśmy, że szliśmy w burzy największej od 50 lat. Burzy , która rozpętała się gdzieś w Afryce i swoim mrokiem zasnuła cały Bliski Wschód. Liban i Jordanię zawaliło piaskiem. Radio wzywało do pozostania w domach. W Bejrucie szalejąca wichura zniszczyła diabelskie koło w miasteczku zabaw, które przetrwało nawet izraelskie naloty w 1982 roku. W Kairze odwołano loty. Zamknięto lotniska w Luksorze i Asuanie i Kanał Sueski.

W Jerozolimie czekał na nas śnieg.

Napisane przez

Publicysta, filolog, podróżnik, autor kilku książek o tematyce historycznej i krytyczno-literackiej. Zastępca redaktora naczelnego Adama Hollanka w czasopiśmie „Fantastyka”, współpracownik „Nie z tej Ziemi”. Adiunkt w Zakładzie Literatury XX wielu Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie. Autor licznychprzedmów i artykułów naukowych o fantastyce drukowanych w czasopismach amerykańskich (Locus), austriackich (Quarber Merkur), węgierskich, czeskich i polskich. Przez wiele lat związany z dziennikiem „Rzeczpospolita”, polską sekcją „BBC” w Londynie, Polskim Radiem i Polską Agencją Prasową (PAP). Polski korespondent w Austrii, Czechach, Słowacji i na Węgrzech zwiedził niemal cały świat, pisząc o tajemniczych losach zaginionych cywilizacji.