Rozmyślania bez posłania…

Krzysztof Medyna jakiego nie znacie: Felieton „Nie z tej ziemi”

W latach 1988-1993 mieszkałem w miejscowości położonej w regionie zwanym Doliną Rzeki Hudson.
Mniej więcej około roku 1991 przeczytałem książkę – pracę zbiorową, którą napisali Dr. J. Allen Hynek, Philip J. Imbrogo i Bob Pratt, zatytułowaną “Night Siege – The Hudson Valley UFO Sightings”. Jest to ogólnie rzecz biorąc zbiór raportów, dotyczących zjawiska, o którym traktuje tytuł książki. Ponieważ do tego czasu przeczytałem dziesiątki książek o podobnej tematyce, fakt przeczytania kolejnej nie powinien mieć szczególnego znaczenia, w tym przypadku było jednak inaczej.
Medyna
Wczesnym popołudniem pewnego letniego dnia porządkowaliśmy wraz z żoną nasz dom. Ona myła okno w pokoju dzieci, a ja robiłem coś w innym pokoju. W pewnym momencie usłyszałem podekscytowany głos wołającej mnie żony. Spokojnym krokiem ruszyłem do pokoju, w którego oknie stała Marta pokazując na niebo. W odległości nie większej niż 50 metrów nad naszymi głowami przesuwał się bezszelestnie i bardzo powoli “bumerang” wielkości trzech Jumbo Jet’ów. Wyglądało to jak film science fiction ale dla mnie nie było to być może aż takim zaskoczeniem, jakim zgodnie z przyjętymi standardami powinno być. W mojej głowie pojawiła się prosta myśl: “No tak, przecież o tym czytałem. Mieszkamy w Hudson Valley”. Historia właściwie kończy się w tym miejscu. Nigdy nie wracałem do tego zdarzenia, ani nikomu o nim nie opowiadałem, głównie z prostego powodu, ażeby nie przylepiono mi etykietki “kolejnego nawiedzonego”. Z drugiej strony wydarzenie to zainicjowało szereg przemyśleń na tematy głównie filozoficzne. Zakładam, że gdybym powiedział, iż pewnego letniego popołudnia niebo nad moim domem rozstąpiło się, wylęknione zwierzęta zaczęły mówić ludzkim głosem, a w jasności niebieskiej pojawił się anioł, uwierzyłoby mi więcej ludzi, niż gdybym opisał sytuację tak jak powyżej.

Nasza cywilizacja posiada tysiące dowodów na istnienie UFO i na to, że jesteśmy obserwowani przez istoty bardziej rozwinięte. Dlaczego jednak nie chcą się one nam oficjalnie „objawić”? Przytoczę tutaj informację zawartą w książce Gary Kindera „Light Years”, którą uzyskał Eduard Meier, człowiek będący w stałym kontakcie z przybyszami z kosmosu. Podczas kolejnego spotakania z kosmitką, Meier zadał jej pytanie dlaczego „oni” nie zaprezentują się oficjalnie przed oczyma Ziemian? Odpowiedź była prosta: „Ponieważ nie chcemy być uważani za bogów, tak jak to miało miejsce wcześniej”. Nawiasem mówiąc, książkę „Light Years” polecam nie tylko tym, którzy interesują się zagadnieniem UFO ale również tym, którzy w ogóle się interesują.

W rezultacie skłonny jestem uwierzyć w następujący model świata, aczkolwiek są to jedynie moje spekulacje w oparciu o skromną wiedzę i dość poważne doświadczenie, opisane na wstępie.

Istoty bardziej rozwinięte, które są w stanie przybyć do nas z innych systemów planetarnych, podchodzą do zagadnienia „człowiek” podobnie jak my ludzie podchodzimy do zagadnienia „zwierzęta afrykańskiej sawanny”. Obserwujemy, nie mieszamy się i jeżeli się między sobą zabijają, nie przeszkadzamy im analizując mechanizmy sterujące zachowaniem zarówno jednostek jak i całej grupy. Jest to bardzo uogólniony pogląd ale wystarczający dla prowadzenia dalszych dywagacji na ten temat.

Niezwykle ciekawy i złożony pogląd prezentuje Robert K. G. Temple w swojej książce „The Syrius Mystery”, gdzie stara się dowieść między innymi wyraźnej ingerencji istot pozaziemskich w naszą ludzką, starożytną cywilizację. Książka dość trudna i odwołująca się co chwila do źródeł bądź to naukowych, bądź historycznych ale bardzo przekonywująca. Oczywiście wszystko co w niej napisane, z wyjątkiem faktów, można uznać za hipotezy ale za to świetnie umotywowane. Najbardziej interesującą jest dla mnie hipoteza, że my ludzie pochodzimy z jednej z planet Syriusza, unikalnego we Wszechświecie systemu o dwóch słońcach. Został on odkryty przez astronomów w latach 60. ubiegłego wieku, natomiast zamieszkujące okolice jeziora Czad plemię Dogonów wiedziało o tym systemie „od zawsze”, przekazując sobie tę informację z pokolenia na pokolenie. Otóż według tej hipotezy nasi praprzodkowie przybyli na Ziemię właśnie z planety systemu Syriusza, wygnani i skazani na banicję przez kosmiczną społeczność ze względu na nasz niezwykle wredny charakter. Czyż nie przypomina to nam biblijnego wygnania z Raju?

Jednym z największych problemów człowieka jest dylemat w co wierzyć, a co odrzucić. O dziwo dużo częściej jesteśmy skłonni zaakceptować dogmat niż naukową prawdę. Ile lat upłynęło od czasu Kopernika ażeby odkryta przez niego naukowa prawda została zaakceptowana i przyjęta przez wszystkie siły działające ówcześnie w społeczności ludzkiej? Później Oświecenie wyrosło na fali racjonalizmu i racjonalistami byli nasi polscy twórcy Konstytucji 3 Maja jak również ich amerykańscy koledzy, twórcy zarówno amerykańskiej Konstytucji ale przede wszystkim twórcy Stanów Zjednoczonych. Jeżeli chodzi o Amerykanów, to tacy ludzie jak Waszyngton, Jefferson, Madison, Allen, Freneau, Paine, Palmer, Franklin i wielu o mniej znanych nazwiskach, nie byli chrześcijanami, jak to się ogólnie dzisiaj głosi, tylko deistami. Jeżeli ktokolwiek byłby zainteresowany tym zagadnieniem, odsyłam do książki „Revolutionary Deists – Early America’s Rational Infidels”, napisaną przez Kerry Walters’a. O legendarnej „The Age Of Reason” Thomasa Paine nie muszę tutaj chyba nikogo informować. Generalnie rzecz biorąc deiści twierdzą, że Boga poznajemy drogą racjonalną. Odkrywając kolejne prawa wszechświata za pomocą nauki poznajemy bardziej dzieło Boga, a tym samym i Jego Naturę.

Zgadzam się z tym poglądem do pewnego stopnia ale widzę w nim sporą lukę. Jest niepełny ze względu na duchowy charakter naszego bytu. Szkoda, że nauka zrezygnowała kiedyś z zajęcia się duchowym aspektem rzeczywistości i podążyła w kierunku nowego bożka, zwanego profit. Nie mówię tego jedynie jako artysta, który ma niezbite dowody na istnienie komunikacji duchowej z „czymś tam” lub „kimś tam” ale jako człowiek poznający zjawiska jak do tej pory niewytłumaczalne. Przytoczę tutaj historię, która przydarzyła się mojej matce w czasie niemieckiej okupacji. Matka wraz z moją przyrodnią siostrą, oraz moja ciotka z jej córką a moją kuzynką znajdują się w pociągu jadącym z miejscowości A do miejscowości B. W pewnym momencie nadlatują niemieckie nurkujące myśliwce bombardujące Stuka i zaczynają ostrzeliwać pociąg, a następnie zrzucać bomby. Pasażerowie w panice uciekają gdzie kto może, a moi bliscy chowają się pod stertą chrustu na polu pomiędzy torami a pobliskim laskiem. W pewnym momencie, z przyczyn naukowo niewyjaśnionych matka moja łapie za ręce dzieci, krzyczy „uciekamy” i biegną do oddalonego o kilkadziesiąt metrów rowu. W momencie gdy w nim przykucają, bomba lotnicza uderza w stertę chrustu, pod którą kilkadziesiąt sekund wcześniej szukali schronienia.

Konkludując powiem, że wierzę w to co widzę, bez względu na to, czy da się to wytłumaczyć w oparciu o naszą wiedzę, czy też nie i jest bez znaczenia czy to co postrzegam ma charakter fizyczny czy para-naturalny. Wierzę też, że kiedyś wszystko to będzie można racjonalnie wytłumaczyć ale ja tego już nie dożyję.

Moje powyższe refleksje zakończę cytatem fragmentu piosenki K. I. Gałczyńskiego:
„Oj, dana, dana,
nie ma szatana,
a świat nierealny jest poznawalny.
Oj, dana.

Życie jest formą istnienia białka,
ale w kominie coś czasem załka…

Napisane przez

Krzysztof Medyna – jazzman, karierę zaczynał w Klubie Studentów Politechniki Szczecińskiej „Kontrasty”, gdzie oprócz jazzowych gig’ów grywał także ze Studiem Pantomimy Politechniki. Jest laureatem pierwszej nagrody w kategorii solistów wrocławskiego festiwalu Jazz Nad Odrą w roku 1979. Od lat 80-tych na stałe w USA. Współtwórca grupy „Breakwater” i „Electric Breakwater” oraz całkiem niedawno kwintetu „Komeda Project”. Od lat współpracuje z pianistą Andrzejem Winnickim i wieloma sławami Jazzu jak Greg Maker, Russ Johnson, John Bailey, Scott Colley, Nasheet Waits i szereg innych. W latach 90-tych występował z Czesławem Niemenem w USA, a w czerwcu ubiegłego roku zagrał koncert z Adamem Makowiczem w Fundacji Kościuszkowskiej. Jest członkiem artystycznej grupy Emocjonalistów. Przez kilka lat prowadził swoją cotygodniową audycję muzyczną na antenie Polskiego Radia 910 AM, a w 2012 cotygodniową audycję muzyczną na antenie Polskiego Radia USA.