Powróćmy do natury a choroby znikną same


Dla Nie z tej Ziemi: Maria Mickiewicz

Chociaż praktykę terapeutyczną zaczynałam jako bioenergoterapeutka, moja ambicją było osiągnięcie poziomu uzdrawiacza duchowego, czyli takiego, który leczy nie tylko ciało, ale także (a może nawet przede wszystkim) ludzka duszę, czyli psychikę i sferę mentalną zgłaszających się osób.

Oto fragmenty jednej z moich publikacji, poświęcone kształtowaniu się sfery mentalnej człowieka:

„Na świadomość człowieka wpływa niemal wszystko, co znajduje się w jego otoczeniu, a więc atmosfera domu rodzinnego, środowisko zawodowe, rodzaj wykonywanej pracy i zainteresowania dodatkowe.

Kto pragnie utrzymać swoją duchową osobowość w porządku, powinien unikać ostrych hałasów, nieodpowiedniego towarzystwa, filmów i spektakli o bulwersującej treści, a także burzliwych dyskusji i polemik. Dzieła sztuki, którymi chętnie dekorujemy nasze ściany, powinny być starannie dobierane do potrzeb naszej wyobraźni. Ręcznie wykonane obrazy czy płaskorzeźby zawierają głębię uczuć swych twórców, co nie jest bez znaczenia przy powstawaniu różnorakich „myślokształtów”. To samo dotyczy cudzych rękopisów, książek i przedmiotów bezwiednie na-magnetyzowanych przez ich twórców i zmieniających się użytkowników.

Nie dziwmy się, że prześladują nas natarczywe myśli lub sny o niepożądanej treści, jeśli przechowujemy w domowej bibliotece książki pełne grozy i niepokoju, przepełnione odczuciami grona czytelników o zróżnicowanych poglądach, albo jeśli zamieszkamy w starym domu po bardzo niezrównoważonych lokatorach. Między fizycznymi obiektami a ich użytkownikami zawiązuje się trwała łączność magnetyczna.

Świadomość mentalna, w przeciwieństwie do emocjonalnej (podświadomości) podlega prawu przyzwyczajenia. Bezwiednie więc możemy popaść w nawyk niepożądanych myśli, a te z kolei są zwykle wstępem do niegodziwych czynów. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest nieodpowiedni rozwój duchowy człowieka, czyli strony mentalnej i emocjonalnej osobowości. Jeśli przypadkowo znajdziemy się w zasięgu niepożądanych treści myślowych, zostają one odebrane przez sferę mentalną i mogą wywrzeć niekorzystny wpływ na psychiczną.

A co się dzieje w sferze mentalnej człowieka, który systematycznie naraża się na ujemne wpływy środowiska, sensacyjnych filmów i bulwersujących publikacji, w których dominuje przemoc i agresja? Otóż drastyczne sceny utrwalają się w podświadomości i ujawniają w wizjach sennych. Z czasem też znajdują stałe miejsce w sferze mentalnej, aby kiedyś wyzwolić się i przekształcić w czyny. Chcąc przezwyciężyć taki nawyk niepożądanych myśli, należy przede wszystkim odciąć się od źródła złych wpływów. Można też poddać się ćwiczeniom relaksowym.

Każda myśl jest wytworem świadomości. Powstaje na skutek różnych bodźców i zależnie od nich może mieć znaczenie zarówno pozytywne, jak i negatywne. Zaopatrzona ładunkiem energii wytworzonym na skutek napięć emocjonalnych, może działać jak najszybszy telegram (w kontaktach telepatycznych), najpewniejsze źródło informacji (w poszukiwaniu osób zaginionych), najskuteczniejsza pomoc (w leczeniu mesmerycznym), ale równie jak materiał wybuchowy o znacznym zasięgu w środkach masowego przekazu.

Wszyscy psychologowie wiedzą, że stany patologiczne u dzieci najczęściej spowodowane są stanami patologicznymi rodziców, nie jestem więc zachwycona ustawą o zmuszaniu do rodzenia niechcianych dzieci przez matki zupełnie nie przygotowane do tej roli.

Gdyby to ode mnie zależało, zaproponowałabym ustawę zabraniającą wydawania potomstwa osobom niezrównoważonym, uzależnionym od czegokolwiek, a przede wszystkim wszystkim palącym kobietom. Oczywiście nikt takiej ustawy nie wyda, niemniej jednak, kiedy widzę młodocianych przestępców na ulicach Warszawy, przepełnione domy dziecka i więzienia, nasuwają ml się niemiłe refleksje i pełne retorycznego smutku pytania: czy wraz z postępem technicznym i w miarę rozwoju cywilizacji w społeczeństwie nie zanika intuicja, umiejętność logicznego rozumowania i chęć utrwalania pozytywnych cech gatunku…

W medycynie komplementarnej, do niedawna zwanej niekonwencjonalną, duże znaczenie mają tradycyjne zabiegi bioterapeutyczne polegające na oczyszczaniu biopola, wspomaganiu energią i nierzadko też krótkiej rozmowie. Mnie jednak wydawały się one niewystarczające. Pacjent wracał do domu często napromieniowanego dodatnimi jonami wytwarzanymi przez podziemne cieki wodne, tworzywa sztuczne, urządzenia elektryczne, jak również do niekorzystnych dla zdrowia tradycji żywieniowych, nałogów, itd. Oczywiście w takiej sytuacji stawał się bardziej zależny ode mnie i moich zabiegów, a to mnie nie satysfakcjonowało, dlatego postanowiłam zwiększyć zakres działania, jak też egzekwować czynny udział chorego. Jego wysiłek mobilizował siły obronne organizmu, zmuszając je do ratowania zdrowia.

Uczyłam więc ludzi relaksu, medytacji i kontemplacji, wyzwalania sił drzemiących każdym z nas. Nie jest to wcale trudne, ale trzeba wiedzieć jak odblokować owe zapasy energii, jak odróżniać dobro od zła, rzeczy zdrowe od szkodliwych. Rezultaty były zaskakujące, chociaż nie mogę powiedzieć, że w każdym przypadku przychodziły od razu.

Narzucając sobie taki program, przechodzący stopniowo w konkretny styl pracy, zwiększyłam niewątpliwie zakres swojego działania, co łączyło się z wydłużeniem czasu przeznaczonego na zabiegi. Byłam jednak szczęśliwa słysząc, że kogoś zmieniłam na lepszego człowieka, że ktoś już nie pije i nie pali, że zniknęła zadyszka lub ból w górnej części kręgosłupa, a ktoś inny zmienił sposób odżywiania i na zawsze pozbył się dolegliwości jelita grubego i wieloletnich, uciążliwych zaparć.

Od początku praktyki bioterapeutycznej skłaniałam się ku naturalnym metodom odżywiania, odpoczywania i po prostu życia. Surowe jarzyny i owoce, naturalne tkaniny, relaks z daleka od zanieczyszczeń — oto co przybliża człowieka do natury. Niestety rozwój cywilizacji nie sprzyja łączności z naturą. Zanieczyszczone powietrze nie daje możliwości zdrowego odpoczynku na własnym balkonie, przenawożone warzywa nie umożliwiają konsumowania zdrowej żywności, a drogie tkaniny wełniane nie zawsze mogą stać się własnością człowieka usiłującego żyć w zgodzie z prawami natury. W swojej praktyce często spotykam się ze stwierdzeniem ludzi, że nie jedzą surowych warzyw i owoców, bo są one trujące. Ale ci sami, często bardzo chorzy ludzie zupełnie nie zastanawiają się, ile szkodliwych związków chemicznych zawierają wędliny, począwszy od toksyn zawartych w tkankach zwierząt rzeźnych, skończywszy na truciznach zawartych w chemikaliach używanych do wyrobów wędliniarskich.

W moim domu rodzinnym, w dzieciństwie i później, jadało się zawsze bardzo dużo jarzyn. Duże uznanie dla surowych darów natury wpoiła we mnie matka, a tradycje wyniesione z domu przeniosłam na tzw. „własne podwórko”, przekazując je dzieciom. Nie zdawałam sobie nawet sprawy, że w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych byłam pod tym względem wyjątkową matką. Stało się to dla mnie jasne dopiero wówczas, kiedy zaczęłam rozmawiać z rodzicami chorych dzieci cierpiących na krwawienia odbytnicze, schorzenia jelit, małą odporność immunologiczną itd. Były to dzieci z zamożnych rodzin. Tam zwykle nie podaje się kaszy z masłem czy soku z marchwi, skoro można dziecku zaserwować bułkę z szynką, ciastka w czekoladzie i coca-colę.

Częstym moim gościem była zaprzyjaźniona sąsiadka mająca dzieci w wieku mojej córki i syna, również chłopca i dziewczynkę. Ponieważ odwiedzała mnie w różnych porach dnia, była często świadkiem przygotowywania posiłków. Niejednokrotnie, pełna pogardy, mówiła: „Co ty dajesz dzieciom? No, moje by tego nie jadły!” Ja jednak nie robiłam sobie nic z jej uwag i w dalszym ciągu karmiłam dzieci po swojemu. Pewnego dnia przybiegła zrozpaczona mówiąc, że jej Paulina jest w szpitalu z powodu zapalenia wyrostka robaczkowego. Zwierzyła mi się także, iż dziecko ma owrzodzenie opuszki dwunastnicy i kłopoty z wypróżnianiem. Płacząc zapytała mnie z wielkim żalem w glosie: „Powiedz Ty mi, moja droga, jak to się dzieje, że Twoje dzieci są zawsze zdrowe, chociaż jedzą byle co, a moje mają najlepsze wędliny, cielęce befsztyki i wszystko, co najlepsze, a ciągle chorują?”. Owo „byle co” to według niej owoce, surówki, soki, kasze i jarskie zupy. Był to najbardziej ewidentny przykład nieumiejętności odróżnienia pożywienia o dużej wartości biologicznej od ciężkostrawnego i niewłaściwego dla dzieci.

Podobne błędy popełnia wiele matek, przekonanych, że czynią dobrze. Przyczyną takiego postępowania jest brak informacji na temat zdrowego żywienia, zwłaszcza że opinie wielu dietetyków często wzajemnie się wykluczają.

Muszę przyznać, ze dużą rolę w moim życiu spełniała intuicja. Miała ona znaczenie w wyborze odpowiedniej diety, kierunku zainteresowań i przyjaciół o tych samych poglądach. Jeśli byłam głodna, będąc dzieckiem, nigdy nie marzyłam o schabowym. Zdawało mi się, że jestem stworzona do odżywiania się surowymi owocami i jarzynami. Nie potrafiłam jednak udowodnić swoich racji. Wszelkie dostępne na księgarskim rynku publikacje preferowały wyroby mięsne jako produkty zawierające pełnowartościowe, niezbędne dla życia białko. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego koniowi wystarcza siano i zboże do wytworzenia ogromnej ilości energii, a człowiekowi nie. Czułam, że mam rację, ale brak mi było przekonujących dowodów do mementu, kiedy poznałam bliżej środowisko wegetarian. Zaskoczyły mnie wówczas bardzo pozytywne cechy osobowości tych ludzi: dobroć, wewnętrzny spokój, wrażliwość, opanowanie, absolutny brak nałogów i uzależnień. Interesowało mnie ich zdrowie. Zadawałam więc rutynowe pytania, czy nie chorują częściej niż inni, odżywiający się tradycyjnie, czy mają silę do pracy, czy wielu z nich studiuje lub uczy się. Odpowiedzi mogłyby zaskoczyć zwolenników mięsa, ponieważ żadna z obecnych tam osób nie chorowała na nadciśnienie, cukrzycę, wątrobę, wzdęcia jelitowe, owrzodzenie żołądka, miażdżycę ani raka. Wielu z nich udowadniało, że z chwilą przejścia na inny sposób odżywiania przestali przeziębiać się z byle powodu, stali się odporniejsi i… lepsi. Na wegetarianizm przeszli nie tylko ze względów zdrowotnych, ale także filozoficznych. Nie chcą przyczyniać się do cierpień wszelkich żywych stworzeń, sądząc, że mają one takie samo prawo do życia jak ludzie. Były tam wegetariańskie rodziny, a więc ludzie z dziećmi w różnym wieku, nie znający smaku szynki ani rosołu, ale za to zdrowi na ciele i umyśle, studenci i uczniowie. Następnym etapem utrwalającym moje przekonanie do wegetariańskiej diety była odpowiednia literatura.

Napisane przez

Nieztejziemi.org to miejsce dla wszystkich entuzjastów alternatywnego myślenia, miłośników spraw niewyjaśnionych oraz parana ukowców. To portal dla fanów wszystkiego co nieziemskie na Ziemi i poza nią. Zainteresowanych współpracą z naszym portalem serdecznie zapraszam do działania. Przysyłajcie teksty, zdjęcia, klipy wideo – obiecuję, że na wszystkie, nawet najdziwniejsze tematy znajdziemy miejsce.