Kult chłodnej stali – czyli magia japońskiego miecza


Dla „Nie z tej ziemi”: Adam Przechrzta

Bardzo mało wiemy o japońskich mieczach, których złowrogi świst poraża nas, gdy oglądamy filmy z życia samurajów. Ta wspaniała broń ma wiele tajemnic…

Niewiele już w dzisiejszych czasach istnieje przedmiotów, które w takim stopniu byłyby otoczone mistyką jak japońskie miecze. Ich jakość rzuca wyzwanie nowoczesnej technologii. Technika produkcji jest nadal w gruncie rzeczy nieznana. Dawni Japończycy traktowali miecze jak istoty boskie i nadawali im też imiona — kami…

Japońscy płatnerze w alchemicznym w swej istocie procesie przekształcali bryły rudy żelaza w ostre jak brzytwa klingi. Wykuwaniu mieczy od początku do końca towarzyszyły magiczne praktyki. Złym duchom broniła wstępu do kuźni słomiana lina, wraz z zawieszonymi na niej amuletami. Płatnerzowi pomagały w pracy dobre duchy, a nawet bogowie… Sam proces produkcji polegał na przekuwaniu żelaznej bryły w cienką blachę. Tę z kolei zanurzano w tajemniczych roztworach o różnej temperaturze i znowu skuwano w blok… Tę czynność powtarzano tysiące razy. Czasem wykonanie jednej klingi trwało całe miesiące, a nawet lata… Dzięki tej technologii miecz składał się z milionów połączonych ze sobą warstw żelaza lub stali.

Później przychodził czas na hartowanie ostrza. Na oblepionej gliną klindze rysowano zaostrzonym patykiem wzór i umieszczano w ogniu oczyszczoną z gliny część ostrza. W ten sposób na mieczu powstawała charakterystyczna, falista lub łamana linia przebiegająca wzdłuż ostrza (jap. hamon). Na podstawie tego wzoru eksperci rozpoznają bezbłędnie, kto jest autorem broni i jakie ma ona cechy.

Wiele zależało ponoć od charakteru płatnerza. Choć najbardziej demoniczne cechy przypisuje się orężowi wykutemu przez sławnego Iso Muramase, to jednak i inni mistrzowie nie grzeszyli bynajmniej anielską dobrocią. Znany z jakości swych wyrobów płatnerz Masamune jednym cięciem pozbawił ręki kowala pragnącego zbadać temperaturę wody, w której hartowano miecz… Gotowa klinga była ostrzona (przez kilkadziesiąt dni), dorabiano do niej jelec (tsuba), rękojeść i pochwę z drzewa honoki, którą pokrywano laką. Szczytem praktycznego kunsztu była rękojeść — pokryta skórą rekina (by nie ślizgały się ręce) i opleciona jedwabnym sznurkiem, tworzącym ażurowy wzór (by wchłaniała pot).

Gotowe miecze przechowywano na specjalnych stojakach (katanakake), transportowano zaś w futerałach. Z bronią tą wiązała się skomplikowana etykieta, której nieprzestrzeganie mogło się skończyć śmiercią… I tak, wojownik miał prawo zabić każdego, kto – niepowołany – dotknął jego miecza. Oddanie zaś przyjacielowi broni do oczyszczenia stanowiło dowód niezwykłego zaufania.

Żaden samuraj, demonstrując gościom klingę, nigdy nie wyciągał jej do końca z pochwy. Uważano bowiem, że w dobytym mieczu budzi się „duch oręża” i jego ostrze musi spłynąć krwią. I jeśli nie spłynie krwią wroga, będzie to krew właściciela… Dlatego też w razie przypadkowego wyjęcia miecza samuraj rozmyślnie się kaleczył, aby własną krwią nakarmić „zgłodniałe” ostrze. Szczególnie ponurą sławą cieszyły się w tym względzie wyroby Muramase. Uważano, że gwałtowny charakter tego płatnerza przechodzi na wyrabiany przez niego oręż (znakomitej zresztą jakości) i nadaje jego mieczom cechy wiecznie żądnych krwi wampirów…

Kiedy w bitwie pod Sekigaarą zabity został słynny wojownik Toda Shigemasa (miecz rozłupał mu czaszkę wraz z hełmem), Leyasu Tokugawa, oglądając tak świetny oręż, skaleczył się w trakcie tej czynności. Od razu zawyrokował, że musi to być klinga produkcji Muramase. Okazało się, że miał rację.

Jednak to nie opiewane przez poetów, ciągle głodne krwi „miecze-wampiry” były marzeniem każdego wojownika. Największe pożądanie wzbudzały „hinken” miecze przynoszące szczęście i długowieczność Broń taką wytwarzali tak znani płatnerze, jak Yoshimitsu, Kanehira czy rodzina Myochin. Hinken dawały potęgę i bogactwo, ale służyły także do bardziej przyziemnych celów. Do walki…

Jakość broni badano przy pomocy oryginalnych testów. Jeden z nich polegał na zanurzeniu miecza w strumieniu. Przecinane na pół, niesione prądem liście mówiły więcej niż słowa… Bardziej dociekliwi sprawdzali miecz tnąc nim dębowe bale i rozmaite twarde przedmioty. Były też inne możliwości…

Często spotyka się na dolnej części klingi złowrogi napis: „trzy ciała jednym cięciem” Do testów tych używano zwłok z pola bitwy lub niewolników (czasem ubranych w pełną zbroję). Ich życie kończyło często ukośne cięcie, prowadzone mistrzowską ręką, od barku jednej do biodra drugiej ofiary. Nie ma nic dziwnego w tym, że napisy takie najczęściej spotykamy na mieczach Muramase…

Miecz wysokiej klasy miał olbrzymią wartość materialną. Dziś niektóre egzemplarze byłyby warte zapewne około miliona dolarów, lecz handel nimi praktycznie nie istnieje. Sprzedaż takiego miecza po prostu się nie opłaca. Jest z tym związane zjawisko fałszowania znaków płatnerskich, jakie znajdują się na każdej klindze. Oczywiście nie dotyczy to mieczy najlepszych, które miały specjalne certyfikaty, stwierdzające ich autentyczność. Świadectwa te (ori-kami), wypisywane na oryginalnym papierze przez biuro shoguna, były od XII w. specjalizacją klanu Honani. W Polsce, która posiada niebagatelny zbiór japońskich militariów (głównie ze zbiorów Feliksa Jasieńskiego), znalazł się i taki „podrobiony” miecz typu katana. Znajduje się on w Muzeum Narodowym w Krakowie (sygn. sfałszowana: Kiyosada Nio; nr inw. VI-6390). Bogato też reprezentowane są w zbiorach polskich hojnie zdobione tsuba (jelce tarczowe, oddzielające klingę od rękojeści i chroniące ręce wojownika). Nie sposób nie pomyśleć o dawnych mistrzach płatnerskiego rzemiosła, czytając napisy: Akasaka Bushu ju Tadatoki tsukuru (wykonał Tadatoki ze szkoły Akasaka w pro-wincji Bushu) czy Tairano Nagakazuno motomeni ojite Fujiwara Rakuju saku. Kaei shichi, Tora, hachigatsu (wykonał Fujiwara Rakuju na zlecenie Tairy Nagakazu w ósmym miesiącu roku Tygrysa, ery Kaei). Zrobione ze specjalnych stopów: shakudo (miedź i złoto) i shibuichi (miedź i srebro), tsuba błyszczą jak oczy generała Maresuke Nogi. W 1912 roku, w czasie uroczystości pogrzebowych po śmierci cesarza Mutsuhito, uwielbiany przez naród generał hrabia Nogi podążył za tenno, popełniając harakiri…

Wiara Japończyków w oczyszczającą moc stalowej klingi sprawiła, że wielu z nich ochoczo wybierało drogę honorowego samobójstwa (seppuku) — tak jak twórca korpusu „kamikadze”, który posłał na śmierć tysiące młodych ludzi, od początku wiedząc, ze niczego to nie zmieni. Podobno, rozciąwszy sobie brzuch, zamiast nadstawić głowę pod litościwy cios kaishaku (asystenta, który ścinał głowę samobójcy), wyszeptał: „Nie ważcie się mi pomagać!” i umierał długo…

On sam, jak i inni walczący w słusznej i niesłusznej sprawie samuraje – uważali że „prawdziwy szlachcic nie upiera się przy życiu i przejawia ludzką życzliwość zabijając własne ciało”. Stary wiersz, którego kiedyś uczyły się wszystkie japońskie dzieci, mówił, że „dusza narodu japońskiego jest jak kwiat dzikiej wiśni w promieniach wschodzącego słońca”. Nieprawda. Jest ona jak kwiat wiśni w blasku dobytego miecza…

Napisane przez

Nieztejziemi.org to miejsce dla wszystkich entuzjastów alternatywnego myślenia, miłośników spraw niewyjaśnionych oraz parana ukowców. To portal dla fanów wszystkiego co nieziemskie na Ziemi i poza nią. Zainteresowanych współpracą z naszym portalem serdecznie zapraszam do działania. Przysyłajcie teksty, zdjęcia, klipy wideo – obiecuję, że na wszystkie, nawet najdziwniejsze tematy znajdziemy miejsce.